Kurier – reż. Corey Yuen

Kolejna efekciarska produkcja będąca istną kinematograficzną mielizną. Historia byłego żołnierza na emeryturze, który dorabia na boku jako kurier wszystkiego i dla wszystkich. Kurczowo trzymający się zasad twardziel podczas wykonywania jednego zlecenia łamie jedną z owych żelaznych zasad (nie patrz, co przewozisz). To sprowadza na jego barki problem w postaci pięknej Azjatki oraz mafii. Kurier oczywiście zdobywa najpierw względy ślicznej, drobnej dziewczyny, potem zaczyna się to, co zawsze – wielkie boom!, tratatata!. Typowy film, gdzie jeden koleś, obdarzony mięśniami, pomysłowością ich wykorzystania oraz niebywałym szczęściem, ściera w pył cały gang. I to wtedy, gdy wbiegając do domu strzela do niego kilku gości z automatycznej broni, a on zasłania się za drewnianym stołem… Masakra, kicz po prostu. Walki wyglądają efektownie, to fakt, w dodatku podkręca to nieźle przygrywająca muzyka. Ale to wszystko mało – ile można skopać tyłków, żeby zyskać miano filmu naprawdę interesującego? W tym przypadku chodzi o jakość owe kopania, nie ilość skopanych. Tutaj owszem, robione jest to interesująco całkiem. Ale to jest wszystko, nic poza tym. To taki subtelniejszy Rambo, którego motywem przewodnim jest maksyma kopnijcie mnie w stronę wroga, ja się nim zajmę. Rambo używał karabinów – Kurier kończyn. Efekt ten sam – trzydziestu na jednego, wygrywa jeden, wychodząc z pojedynku bez ani jednego siniaka.

Tagi dodane przez profesora Dudka do tego kulturalnego wpisu:, , .