Spiderman – reż. Sam Raimi

Człowiek pająk dumnie przeniesiony na ekran. Tobey Maguire w roli kujona Petera Parkera wyszedł całkiem wiarygodnie, choć minusem można oznaczyć wybór przeciwnika, z którym musiał stoczyć dziewiczy pojedynek. Zielony Goblin przy masie innych, bardziej ciekawych denatów, wyglądał chudo. Co prawda naprawiono tę wpadkę w następnych częściach, ale tym razem spaprano w nich wszystko. Tutaj jeszcze się jakoś film trzyma kupy. Peter Parker podczas szkolnej wycieczki zostaje ukąszony przez napromieniowanego pająka, skutkiem czego zyskuje nadprzyrodzoną siłę, umiejętność strzelania pajęczyną (choć w komiksie sam musiał ją tworzyć) oraz najważniejsze – potrafił chodzić po ścianach! Później w wyniku nieudanego eksperymentu ojciec jego kumpla przemienia się w psychicznego mordercę, podobnie jak on, napompowanego nadludzkimi siłami. Każdy znający choć kilka komisków z tego cyklu wiedział w ogólnych zarysach, jak będzie wyglądał film. Jego twórcy pozostali pierwowzorowi dość wierni, trzymając się schematu ewolucji Spidera z obojętnego wrestrela-amatora na bohatera Nowego Jorku. Robione jest to trochę infantylnie, bardziej pod dzieciaków (to zrozumiałe zresztą), ale można było zastosować zabieg często wykorzystywany przy bajkach – w dialogach pomrugać aluzjami do starszego widza. Tutaj tego oszczędzono. A szkoda.

Tagi dodane przez profesora Dudka do tego kulturalnego wpisu:, , .